Człowiek chcący ubierać się w stylu zgodnym (lub inspirowanym) z zasadami klasycznej elegancji będzie się rzucał w oczy. W sytuacjach, gdy inni mają na sobie dżinsy i adidasy, on z jakichś przyczyn wiąże pod szyją krawat. Gdy dookoła tiszerty, biedak męczy się z marynarką. Jak z tym żyć, gdy codzienność patrzy na nas dziwnie?

Język angielski, cudowny w swej kompaktowości, posiada określenie na takich jegomości: overdressed. Ubrani zbyt oficjalnie w stosunku do okazji. Przeciwieństwem takiego stanu rzeczy jest bycie underdressed, czyli przyjście w swetrze na garniturową imprezę. Po polsku brak nam takich określeń; postulowałbym wprowadzenie analogicznych terminów „nadubrany” i „niedoubrany”, ale jeszcze jakiś językowy purysta gotów mnie ukrzyżować.

W tej chwili komunikat wysyłany przez ubiór to rzecz szalenie rozmyta i ciężka do uchwycenia. Ubranie nadal jest poniekąd symbolem statusu, ale złudnym – milioner może pozwolić sobie na chodzenie w bluzie, inny zaś ostatnie pieniądze wyda na ładną koszulę.  Na uczelni jest to jeszcze bardziej widoczne – większość ludzi może chodzić ubrana jak chce, o ile nie przekraczają pewnych granic przyzwoitości i dobrego smaku.

Stąd ktoś, kto dobrowolnie decyduje się na codzienne zasuwanie w krawacie i skórzanych, wypolerowanych na błysk butach, musi budzić pewne zdziwienie. I tak – będzie, z definicji, overdressed. Okazję bowiem najczęściej określają ludzie, którzy nas w danej sytuacji otaczają. Jeżeli większość ludzi, łącznie z tymi postawionymi nad nami, czyli szefostwem lub wykładowcami, uznaje pełny casual za adekwatny, kim jest ta jedna jednostka, by narzucać swój pogląd całej reszcie?

Nie zamierzam zgrywać buntownika, bojownika o estetykę, czy innego partyzanta marynarki, bynajmniej nie wojennej. Ale zadano mi pytanie, jak sobie z tym radzić, a ja uznałem, że mogę napisać o tym parę słów.

Moja filozofia w tym względzie jest bardzo prosta. Uznaję, że skoro zasady dresscode’u w większości przypadków zwyczajnie nie obowiązują, to niech to chociaż działa symetrycznie. To znaczy jeżeli ty możesz się ubierać w tiszert i adidasy, to mnie wolno w marynarkę i koszulę. W ten sposób jest fair. Konsekwencją tego nie oceniam ludzi po tym, jak są ubrani w codziennych sytuacjach – uznaję to po prostu za element ekspresji subiektywnego poczucia estetyki i nic więcej. Inni ludzie z kolei przestają zwracać uwagę na gościa w krawacie, o ile ten krawatowy styl jest spójny i konsekwentny. Przechodzą nad tym do porządku dziennego i wszyscy są zadowoleni.

Oczywiście jest tu istotna kwestia wyczucia – overdressed też można być w kilku stopniach. Zestaw koordynowany będzie OK, ganianie w wizytowym garniturze na każde zajęcia to już raczej przesada. Mógłbym pokusić się o zdefiniowanie jakiejś drabinki formalności i ogólnej zasady, o ile szczebli overdressed być można, by nie popadać w śmieszność. Ale umówmy się – liczę, że mam myślących czytelników, którzy potrafią do czegoś takiego dość sami. Poza tym jestem zwolennikiem podejścia do ubrań opierającego się raczej na wyczuciu, niż sztywnych regułach.

Oczywiście mowa o sytuacjach codziennych. Jeżeli idziesz na ustny egzamin, rozmowę kwalifikacyjną, czyjś ślub – w skrócie, znajdujesz się w sytuacjach, w których ubiór rzeczywiście zaczyna odgrywać rolę komunikatu, a komunikujesz na przykład szacunek do innej osoby, ubierając się adekwatnie – nie wydziwiaj, niezależnie od tego, co sobie nosisz od poniedziałku do piątku. Załóż, na litość boską, ten garnitur.

Zobacz też

8 komentarzy

  • Marek pisze:

    Miło przeczytać opinię na ten temat kogoś w podobnym wieku do mojego. Wydaje mi się, że i nasze poglądy są bliskie. Natomiast ciężko wyjść przed szereg, gdyż społeczeństwo tego po prostu nie akceptuje. Sam przez długi okres zbierałem się do zmiany swojego wizerunku, nareszcie rozpocząłem ten proces, natomiast 3/4 moich znajomych pyta co się ze mną stało mówiąc coś w stylu „przecież wyglądałeś jak facet!” (oczywiście używając do tego innych słów). Dlatego osoby rozpoczynające swoją przygodę z koszulami, chinosami, casualowymi marynarkami itd. pokazują ze swej strony wielką siłę charakteru. Szczególnie gdy pochodzą z mniejszego miasteczka czy wsi, gdzie marynarkę widzi się kilka razy do roku, zakładając, że akurat przydarzyło się jakieś wesele, lub babcine urodziny. A pojęcie knit ciężko wytłumaczyć nawet na przykładzie.
    Pozdrawiam
    Marek

    • Szymon Jeziorko pisze:

      Niewątpliwie łatwiej jest w większym mieście. Tu akceptacja społeczna jest wyższa, czy też – lokalne społeczeństwo ma to naprawdę głęboko gdzieś, co akurat na siebie zakładasz. Miasta, szczególnie akademickie, więc skupiające dużą ilość młodych ludzi, są świetne do tego, żeby eksperymentować ze stylem bez presji z zewnątrz. Czegokolwiek byś bowiem na siebie nie założył, niemal zawsze znajdzie się ktoś ubrany bardziej ekstrawagancko.

      Natomiast w mniejszych miejscowościach, cóż. Polecam zmianę stylu stopniowo, małymi krokami, zaczynając od dżinsów i swetrów w dobrym rozmiarze, dokładając koszulę pod sweter, krawat, do skórzanych butów i marynarki dochodząc na końcu. A potem po prostu konsekwentnie się tego trzymać. I niekoniecznie dzielić się niewątpliwie obecnym neofickim zapałem z niezainteresowanymi znajomymi. Wiem, że to trudne – ja musiałem do tego założyć bloga.

      Nie wiem też, jak z tą siłą charakteru. To ubrania, nie bój o jakieś strasznie ważne rzeczy.

    • Kuba pisze:

      Polecam odwiedzić jakieś większe zagraniczne miasto np. Londyn i przyjrzeć się jak ludzie swobodnie się czują, działają, myślą i nie dają się dołować przez ciemnogród.

  • Petrikauer pisze:

    Zgadzam się z prawie wszystkim, za wyjątkiem szczegółu w ostatnim akapicie. Mianowicie nie widzę powodu, aby czynić jakiekolwiek rozróżnienie jeśli chodzi o formę egzaminu. Ustny, czy pisemny – to nadal egzamin, zwieńczenie kilku miesięcy pracy nad daną dziedziną wiedzy (przynajmniej w teorii). Nawet jeżeli kontakt studenta z egzaminatorem na egzaminie pisemnym ogranicza się do odebrania i oddania karty z pytaniami, garnituru wymaga choćby sam autorytet uczelni.

    • Szymon Jeziorko pisze:

      No to przynajmniej w teorii się zgadzam.

      A w praktyce – egzamin ustny to jednak spotkanie bezpośrednio z egzaminującym; strój wyraża szacunek do osoby. Szacunek do instytucji czy też autorytetu uczelni to już kwestia bardziej abstrakcyjna (bo uczelni jako takiej jest raczej wszystko jedno – zaś osobom, które uczelnię reprezentują, ie. pracownikom uczelni nadzorującym egzamin, najczęściej również). Ja zakładam garnitur, ale dlatego, że lubię. I jestem na egzaminach jedną z niewielu takich osób – wszyscy raczej (studenci i egzaminujący), słusznie skądinąd, koncentrują się na kwestiach merytorycznych niż otoczce.

      Ale może to specyfika mojego kierunku.

    • Migalski pisze:

      Cześć!
      U nas na roku wykształciło się pojęcie „fartucha egzaminacyjnego”, który używany był wyłącznie na egzaminach praktycznych. Musiał być koniecznie dużo za duży – tylko tak dało się zmieścić pod nim garnitur… Na pediatrii było najgorzej, bo wszystkie warstwy przeszkadzały w badaniu ruchliwego dzieciątka. Dziewczyny mają jednak łatwiej…

    • Szymon Jeziorko pisze:

      No nie, jednak na zaliczeniach czy egzaminach praktycznych nikt nigdy nie żądał od nas garnituru – sam uznaję, że byłaby to przesada w sytuacji, gdy ów po prostu przeszkadzałby robić to, co masz zrobić.

  • Jules pisze:

    „niedoubrany’ mi się podoba :)