Młody mężczyzna, który chce się elegancko ubierać pewnie prędzej czy później spotka się z uwagą, że obrany przez niego styl jest nieadekwatny do jego wieku. Można to zdanie spotkać rzadziej lub częściej, a kryje się za nim mniej więcej tyle, że w gruncie rzeczy dzieciak jeszcze stylizuje się na starszego i poważniejszego, ale efekt jest po prostu śmieszny. Niech więc ubiera się jak jego rówieśnicy. Mnie też zdarzyło się słyszać takie komentarze.

Z zasady nie oceniam ludzi po tym, co noszą. Nie każdy musi podzielać moje zainteresowania klasyczną modą, a strój przeważnie i z niewielkimi wyjątkami nie stanowi odzwierciedlenia tego, co w człowieku najbardziej interesujące – jego intelektu, zainteresowań, pasji, poglądów. Zwłaszcza, że ów strój poddał się w ostatnich czasach pewnej uniformizacji – i takie same dżinsy i tiszerty może nosić każdy, nie wzbudzając przy tym sensacji, ani nawet przelotnego zainteresowania.

Coraz mniej różni się też strój poszczególnych grup wiekowych – o ile ktoś nie wykazuje szczególnego zainteresowania tematem, albo odpowiedni wizerunek nie stanowi pewnego wymagania zawodowego. Zwłaszcza już w czasie wolnym – znoszone sportowe buty, koszulkę i spodnie z wytartego denimu możesz nosić mając lat trzynaście i zajmując się głównie graniem na Xboksie, jak i licząc ich sobie pięćdziesiąt trzy i piastując urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych.

article-2027541-0D7EF16700000578-824_634x480

Wszechobecna casualizacja ubioru jest faktem, nie ma co się z nim spierać, a zastanawianie się, czy to rzecz dobra, czy zła pozostawiam innym. Ale to jest pewien poziom domyślny – strój ludzi niezainteresowanych strojem. Gdy moda zaczyna cię bawić, oczywistym jest, że wyjdziesz z tego monotonnego obszaru sieciówkowych dżinsów i wygodnych adidasów. Pytanie – w którą pójdziesz stronę?

Jeżeli jako student wybierzesz klasykę, być może czekają cię takie komentarze, jak te ze wstępu wpisu – i niektórzy będą ten styl odbierać jako strojenie się i udawanie starszego i poważniejszego niż jesteś. Nieważne, że klasyka to bardzo szerokie pole – możesz założyć nieformalną lnianą marynarkę, chinosy i dziergany krawat; możesz wzorować się na stworzonym przez i dla ludzi w twoim wieku preppy; i tak pewnie ktoś skwituje cię złośliwym Coś się tak wystroił? 

Bardziej niezobowiązująca moda, która nie trzyma się kanonów klasyki, w przypadku dwudziestokilkukatków wygląda za to podobnie, jak u ludzi młodszych o dekadę. Marynarka na tiszert, dresowe spodnie, eklektyczny misz-masz – to także nie jest styl, który posiada jakiś wiek, do którego jest przypisany. Jedynie efekt może być odwrotny – ubieranie się tak powyżej pewnej granicy wiekowej może ściągnąć na ciebie krzywe spojrzenia. Stąd bardziej trendy look będzie się kojarzył z młodością, czasem eksperymentów i braku poważnych zobowiązań; okresem przejściowym pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Z dużą dozą tego pierwszego.

Ale przecież nie musi ci to odpowiadać. Pewna infantylizacja jest niewątpliwie bardzo kusząca dla wielu odczuwających nostalgię za nie tak dawno minionym czasem dzieciństwa i nastoletniej młodości, ale to też nie jest uniwersalny smak. Ja go nie lubię.

Nie pozuję na nikogo; nie przebieram się za dorosłego. Sądzę, że jest więcej takich jak ja – którzy zwyczajnie dobrze i komfortowo czują się w świecie odmalowanym w mniej pstrokatych barwach dorosłości. Doceniają niezależność, jaką daje przekroczenie pewnego wieku – oraz rozpoczęcie pracy, samodzielne mieszkanie i wszystkie inne rzeczy, które w dzieciństwie były odległe i tajemnicze.

Lubię bycie dorosłym. Jasne, że dużo jeszcze przede mną; wiem, że moje doświadczenie jest tu jeszcze stosunkowo niewielkie i w miarę powiększania się go mogę jeszcze zmienić zdanie. Ale w tej chwili i w tym momencie – w moim wieku – czuję się bardziej dorosłym niż dzieckiem i jest mi z tym dobrze. Więc budowanie stylu, który byłby luzacki i odmłodzony byłoby pewnym oszustwem – odbywającym się na dodatek kosztem mojego komfortu. Tyle razy widziałem stwierdzenie, że należy być ubranym, a nie przebranym, że dla mnie zupełnie zatraciło jakiekolwiek znaczenie – zwłaszcza, że najbardziej skłonne do jego cytowania są osoby, które ubranie od przebrania odróżniają na podstawie wyłącznie swoich oczekiwań, rzadko zadając sobie trud ich weryfikacji. Oczekują, że dwudziestoparoletni student to jeszcze chłopak, więc styl mężczyzny musi być kostiumem.

Nie mam zamiaru przekonywać nikogo, że mój styl, zainteresowania i gust to nie tylko pretensjonalna poza – jeżeli ktoś tak uważa, zwykle i tak sądzi, że wie lepiej. Ale jeżeli to ty jesteś tym, któremu mówi się, żeby przestał udawać dorosłego – myślę, że przyda się dla równowagi, byś usłyszał coś odwrotnego.

Zobacz też

24 komentarzy

  • Kacper pisze:

    Naprawdę dobry wpis. Mam trochę do czynienia z ww. przez Ciebie zjawiskiem. Pewnym osobom się nie da się wytłumaczyć -mimo najróżniejszych argumentów- dlaczego przedkładam dobre klasyczne buty ponad (tu wklej nazwę ulubionej firmy sportowej rozmówcy) i po co mi ten krawat. Przecież to „za poważnie”, bo ten rozmówca zakłada go tylko „od święta”. Miło wiedzieć, że są na świecie takie osoby jak Ty, które mają podobne przekonania i nie rozliczają innych z ich upodobań.

    Tylko wczoraj krew mnie zalała, kiedy przez przypadek trafiłem na link (udostępniony na FB) do „bloga” pewnego „licealisty” ,gdzie ludzie mają niezłą  pożywkę na jego wpisach ( ze względu na tragiczny język). Najgorsze jest to ,że  próbuje (bo są wyraźne niedociągcia)on pokazywać smart casual. Nie wiem dlaczego, ale jakoś zauderzył mnie ten jego blog i zepsuł mi dzień. Może dlatego ,że też jestem licealistą ?

  • Fen pisze:

    Jak ja to dobrze znam. Wystarczyła moja drobna uwaga, że czegoś nie powinnam zakładać, bo już mi nie wypada, i od razu spotkałam się z komentarzem:

    – Tak Justyna. Ty to już od razu połóż się do trumny.

    Też zauważam, że nie widać pewnego przechodzenia między poszczególnymi etapami życia, które między innymi odzwierciedla się w doborze stylu ubierania się. Obecnie, jeśli chodzi o strój, jest się albo młodym, albo bardzo starym. Nie widać etapów pośrednich. Oj, jak często widzę trzydziesto, czterdziestoparolatkę w leginsach w panterkę i czuję pewien… zgrzyt. No, ale nie wszystko musi mi się podobać i nie każdy musi się tym przejmować.

    • KarloS pisze:

      Czasem trzydziestoletnia kobieta zakłada spódnice do kostek i staroświecką bluzkę lub koszule albo golf, bo tak lubi i ludzie chcą ją kłaść do trumny. Nie dziwie się, ale każdy ponosi konsekwencje swoich działań. :)

  • Cube. pisze:

    A daj spokój. Ile to razy spotkałem się ze złośliwymi uwagami, że „się stroję”, „wyglądam jak pajac” itp. przez to, że nie miałem na sobie T-shirtu i przydługich spodni. Raz zostałem wyśmiany kiedy pojawiłem się w towarzystwie w koszuli vichy, a innym razem (przy bardziej formalnej sytuacji) moja poszetka została nazwana „niepotrzebną szmatą”…

    • KarloS pisze:

      A to faktycznie niepotrzebna szmatka. :)

      Ma znaczenie jedynie estetyczne. Eleganci urozmaicają nimi ciekawie strój, wanna-be eleganci starają się wybierając zestawy z krawatem albo koszule i marynarke z wbudowanymi licznymi ornamentami, które marnują ich potencjał i uniwersalność a cała reszta społeczeństwa ma to gdzieś, bo z praktycznego punktu widzenia nie ma to sensu.

  • j pisze:

    „A daj spokój. Ile to razy spotkałem się ze złośliwymi uwagami, że „się stroję”, „wyglądam jak pajac” itp. przez to, że nie miałem na sobie T-shirtu i przydługich spodni. Raz zostałem wyśmiany kiedy pojawiłem się w towarzystwie w koszuli vichy, a innym razem (przy bardziej formalnej sytuacji) moja poszetka została nazwana „niepotrzebną szmatą”…”

    Są różne przyczyny. Możliwe, że ktoś wygląda obiektywnie źle – ubiór jest niedopasowany, ruchy niepewne, postawa wątła, wyraz twarzy również nie ten, co trzeba. Dość trudno to opisać, ale bardzo łatwo zauważyć. Inna sprawa – jeśli na co dzień chodzi się w garniturze, a czasem i w smokingu, kiedy całe osiedle biega w airmaxach i bluzach z prosto, to jednak tworzy to pewien dysonans, czasami śmieszny. Garnitur – ale ten dobry, przynajmniej dziś, kojarzy się z pewną pozycją społeczną albo posiadaniem mnóstwa pieniędzy, co mniej rozgarnięci koledzy mogą sobie wziąć noszenie go za lans i próby udawania kogoś lepszego (co w sumie jest przyczyną noszenia owych airmaxów). W przypadku większych miast i studiowania medycyny (albo budowy statków kosmicznych lub posiadania zawodu „syn”) właściwie wszystko się zgadza; co innego, kiedy mieszkamy w małym mieście, ledwo zdaliśmy maturę i pracujemy na kasie w biedronce albo jako pomocnik kucharza (ale nie pracujemy, prawda?).

    • Szymon Jeziorko pisze:

      Liczę jednak, że większość czytelników zrozumie, że nie piszę o sytuacjach z gatunku smoking w blokowisku.

  • Piotr pisze:

    Nie licząc komentarzy prymitywów, to ktoś pod krawatem w środowisku ludzi w dżinsach i tshirtach musi być zainteresowanie i nie ma co się temu dziś. Na wydziale przeważnie mam ładne buty, chinosy i jakąś koszulę + ew. sweter. Taki strój łatwo przechodzi i po jakimś czasie nikt nie zwraca uwagi. Może idąc dalej, a więc ubierając marynarkę i krawat, też uchodziłoby to na sucho, ale nie chce mi się budzić zainteresowania. To tak samo jakby dziewczyna z krótkimi włosami i męskich ubraniach narzekała, że czasem ktoś ją pomyli z mężczyzną. Decyzje mają konsekwencje.

  • Arietta pisze:

    Chciałabym napisać, że każdy może się ubierać jak chce. No i taka jest idea. Ale to nie takie proste. Myślę, że dowolność stroju ma jakieś ograniczenia. Przykład prezydenta Stanów Zjednoczonych, jest tu przykładem bardzo dobrym. Pokazuje że strój powinien być stosowny do okoliczności. Nikt z pewnością nie wyobraża sobie, żeby w takim stroju jak pokazałeś to na zdjęciu, witał głowy innych państw na oficjalnej wizycie. Nie wyobrażam sobie też Ciebie Szymonie, że jedziesz do lasu zbierać grzyby w trzyczęściowym garniturze i oxfordach 😉 Pomiędzy tymi przypadkami (celowo skrajnymi)  jest jakiś rodzaj dowolności w którym powinniśmy w swoim ubraniu czuć się dobrze.  Zgrzyt się zaczyna, kiedy czujemy się dobrze, a ktoś usiłuje sprawić że tak nie jest. Myślę, że mimo wszystko istnieją pewnego rodzaju reguły, których przestrzeganie nie jest jakoś specjalnie egzekwowane a odstępstwa piętnowane, choć jest to zawsze kwestia dobrego smaku. Na przykład można to zaobserwować kiedy się idzie do teatru lub – może jeszcze (tam jeszcze wyraźniej to widać) – do opery. Myślę, że komentarz na ten temat jest zbędny, i tak wiadomo co mam na myśli :)

    Szymonie, trafiłam na Twój blog trochę przez przypadek, ale przeczytałam z przyjemnością już większość wpisów. Zauważyłam w tej problematyce, którą poruszyłeś w obecnym poście pewną dwukierunkowość uwag.  Jedna to taka, że ubranie jest zbyt eleganckie,  czy poważne, druga taka, że coś tam jest niezgodne z konwencją czy regułami (patrz na Twoją, podkreślaną kilka razy przez Ciebie skłonność do eksperymentowania i bawienia się konwencją).  Myślę że każdego rodzaju uwagi są w porządku, pod dwoma warunkami; że cechuje je życzliwość (to podstawa) i że „dawca owej uwagi” jest otwarty na wysłuchanie Twojego zdania i argumentów.  W przeciwnym razie jest to tylko kwestia niewiedzy i na pewno pewnego rodzaju ograniczenia tej osoby – jakiego ograniczenia? Świadomego zamykania się w przeciętności i w schematach czyli ograniczania samego siebie (to najbardziej smutne).  Przeciętna średnia społeczeństwa nie lubi czytać ( to wiadomo nie od dziś, ale dam przykład z dnia wczorajszego – mój znajomy trzymał pod pachą książkę, bo było to wielkie tomiszcze „Beksińscy portret podwójny”, które nie mieściło się gdzie indziej. I, co szokujące, wzbudziło to pewnego rodzaju sensację, byliśmy kilkakrotnie zaczepiani od uwag, że „to rzadko spotykane, młody człowiek z książką” , po inne pozytywne ale jednocześnie podbite zdziwieniem). Nie lubią więc czytać, rozwijać się w jakikolwiek sposób i robią to tylko wtedy kiedy muszą – czy bycie ocenianym przez kogoś takiego ma jakąkolwiek wartość? Czy ktoś, kto nie ma bladego pojęcia o motoryzacji będzie mówił mechanikowi w warsztacie o tym jak należy naprawiać samochód? Nie, bo będzie mówił bzdury.  Taka analogia.

    Ktoś tu w komentarzach podał przykład, że poszetka została nazwana niepotrzebną szmatą. Ja na to odpowiadam, że Sergiusz Piasecki opisywał radzieckie kobiety, które po rosyjskiej inwazji na Kresy Wschodnie zakładały zrabowane koszule nocne na bankiety, traktując je jako suknie wieczorowe. Mało? To może poczytaj to (nie tylko o Rosjanach, bo odnosi się do każdego „mądrzejszego” ignoranta)  http://www.wykop.pl/link/167522/sowieci-w-1939-jakie-cuda-robili-w-zajetej-polsce/  Wtedy tekst o poszetce nabierze innego wymiaru 😉

    To tyle chyba na temat tego czy warto słuchać tego typu uwag, kiedy warto i kiedy oraz czy w ogóle się nimi przejmować.

    :)

     

     

    • Szymon Jeziorko pisze:

      Pokazuje że strój powinien być stosowny do okoliczności.

      Z jednej strony jest to oczywiste; z drugiej – okoliczności wymagające konkretnego stroju stają się coraz rzadsze. Sprowadzają się do odzieży roboczej (czyli: można uwalać i nie będzie szkoda), oficjalnych sytuacji zawodowych (chociaż to zależy od tego, gdzie się pracuje, bo i w dużych korpach zdaje się dress-code’y tracą na znaczeniu) i uroczystościach w stylu ślub i pogrzeb.

      Co powoduje, że cała reszta sytuacji (wliczając to egzaminy na studiach, co obserwuję i po studentach i po czuwających nad przebiegiem egzaminu pracownikach uczelni) daje pewną dowolność. Jasne, nie ganiam na zajęcia w trzyczęściowym garniturze. Ale marynarka i krawat nie wydają mi się mniej adekwatne niż tiszert i bluza.

      Myślę że każdego rodzaju uwagi są w porządku, pod dwoma warunkami; że cechuje je życzliwość (to podstawa) i że „dawca owej uwagi” jest otwarty na wysłuchanie Twojego zdania i argumentów. W przeciwnym razie jest to tylko kwestia niewiedzy i na pewno pewnego rodzaju ograniczenia tej osoby – jakiego ograniczenia? Świadomego zamykania się w przeciętności i w schematach czyli ograniczania samego siebie (to najbardziej smutne).

      Mam tego absolutną świadomość; ale jednak jeżeli cały czas spotykasz się niemal wyłącznie z uwagami nieprzychylnymi – nawet jeśli wynikają one z ignorancji i o tym wiesz – chyba lepiej ci będzie, jeśli raz na jakiś czas ktoś powie ci coś pozytywnego ;]

      A „Beksińscy…” to świetna książka, tak btw :)

    • Anonymous pisze:

      Czy ktoś, kto nie ma bladego pojęcia o motoryzacji będzie mówił mechanikowi w warsztacie o tym jak należy naprawiać samochód?

       

      Dla takich osób są „specjalne” cenniki:

      http://static.fishki.pl/static/posts/31/31425/foto_7d55261589f00284e8da45dd2bfb668_org.jpg

  • Jake pisze:

    Tutaj nawet nie jest kwestią co jest adekwatne do wieku,  sytuacji,  miejsca,  ale prosta zależność. Ludzie krtykujacy nasz ubiór w omawianych sytuacjach odbierają go jako przejaw naszego wywyższania się, podnoszenia swojej pozycji ponad ich poziom. Jako że ludzie tego po prostu nie lubią, próbują wyrazić to swoja krytyką. Najgorzej jest jak rzeczywiście ktoś w swoim subiektywnym odczuciu czuj się na jakieś innej płaszczyźnie od nas słabszy. Trudno jest wówczas taką osobę, jeśli nas nie zna, przekonać że się myli.

  • Arietta pisze:

    Jeśli chodzi o okoliczności, to miałam na myśli trochę szersze znaczenie niż tylko obowiązujący sztywno dress code. Wiadomo, że iść biegać do parku w marynarce sportowej (!) i monkach byłoby głupszą decyzją niż bieganie w T-shircie i butach sportowych :D. To nie ulega kwestii i nie ma co na ten temat deliberować, ale mnie chodziło konkretnie o to, że mimo rozluźnienia wymogów co do ubioru w określonych okolicznościach (o czym wspomniałeś), nadal  mimo wszystko istnieje takie zjawisko jak strój odpowiedni lub nieodpowiedni do okoliczności.  Niech będzie ten przykład z teatrem, skoro już go wcześniej przytoczyłam. Jeżeli założysz garnitur, będzie to na miejscu, jeśli elegancki sweter i buty, też, ale jeśli przyjdziesz w znoszonych adidasach i porozciąganej bluzie, to oczywiście nikt cię nie zje, ale to jednak będzie widać. Będzie i już – choćby w trakcje przerwy w spektaklu, kiedy większość wychodzi do kuluarów.
    A swoją drogą bardzo się cieszę że poruszyłeś tę tematykę rozluźnienia się pewnych wymogów co do kanonów. To niezwykle ciekawy temat. Osobiście nie umiem podjąć decyzji czy cieszy mnie to czy wręcz przeciwnie. Chyba jednak bardziej mnie cieszy, bo jestem raczej zwolenniczką swobody niż niewolnictwa. Poza tym uważam, że każdy powinien mieć coś dla siebie i dla swojego gustu i rodzaju estetyki. Niektóre sztywne zasady są też mało praktyczne, ale to już  inna rzecz.  To co dla mnie jest „na nie”, to fakt, że swoboda w ubiorze  jest zbyt często mylona z niechlujstwem !!!

    Ze zwróceniem uwagi na to, że mimo iż ma się wiedzę o ignorancji krytykujących, słuchanie częstej krytyki i tak może zaboleć, masz całkowitą rację. Choć to też jest chyba temat na inną rozmowę –  o poczuciu własnej wartości i pewności siebie. Ale przyznaję Ci rację, może nie pomyślałam o tym z tego powodu, że urodziłam się w dużym mieście i od dzieciństwa jestem przyzwyczajona do innego traktowania tego jak kto się ubiera tzn. że nawet w blokowiskach nie ma jakiegoś „bulwersu”, bo nikogo to nie obchodzi, większość ludzi nie zna siebie nawzajem, a jak się znają choćby z widzenia. to każdy ma swoje sprawy i znajomych w różnych innych częściach miasta, spotykając po drodze ludzi bardzo różnie ubranych. Teraz, kiedy o tym pomyślę, to jak jesteśmy ubrani bardziej jest zauważalne w małych środowiskach, w których i my się obracamy tj. w szkole, na uczelni (co do pracy to chyba nikt nie podchodzi do kogoś i nie wygłasza mów na temat jego ubioru). Ale ja nie wyobrażam sobie, że podchodzę do kogoś ubranego w stylu rasta i mówię „wyglądasz jak pajac”. No nie wiem, bardzo nie podobają mi się dredy, ale to nie jest moja sprawa tzn. czyjś gust. Taką modę jak i każdą inną, traktuję jako swoisty koloryt i część tła naszej rzeczywistości, która jest bardzo różnorodna poprzez właśnie wyrażanie siebie w taki a nie inny sposób, strojem. Powiem nawet więcej, podoba mi się to, że ta różnorodność istnieje. Mieści się w niej, w tej akceptacji różnorodności, bez której mielibyśmy nudne społeczeństwo i rasta, i punk, i garnitur, i „bezpieczny bezstylowiec” etc.
    Tak więc nad Twoją uwagą, że komuś się przyda pozytywna uwaga na temat jego elegancji, pochylam głowę. Po prostu nie zetknęłam się z takim zjawiskiem żeby krytyczne uwagi były jakoś częstsze niż norma (bo zawsze się jakieś zdarzają, nawet wśród znajomych czy na uczelni – wspomniana mniejsza grupa środowiskowa).
    Jeśli więc serio tak jest, że to takie częste, to jako kobieta może powiem tym mężczyznom, którzy to czytają, że mnie i nie tylko mnie, naprawdę o wiele przyjemniej jest „zawiesić oko” na mężczyźnie, który ma eleganckie, wypastowane buty niż na tym który ma zaniedbane.
    Hej! My naprawdę zwracamy na to uwagę 😉

  • Marcin pisze:

    Szymon, dobrą robotę robisz, rób swoje.  Krytyka jesli ma podstawy to Ci pomoże (będziesz lepszy w tym co robisz), a jesli jest bezpodstawna to ignoruj, niestety jest wielu ludzi na świecie, którzy sami nic nie osiągneli, ale uważają, ze mają prawo wszystkich krytykować. Taki gatunek.

  • RJ pisze:

    Ten tekst dobrze podsumowuje jedna z moich ulubionych scen jednego z moich ulubionych seriali, „The Wire”. Jeden z policjantów mianowicie odgaduje markę ubrań podejrzanego, którego obserwują. Drugi mówi: „Wiesz, jak mówi się na faceta, który przykłada dużą wagę do ciuchów?”. Na co pierwszy odpowiada: „Wiem – dorosły”.

    • Szymon Jeziorko pisze:

      Tyle osób mi polecało ten serial, że w końcu muszę się za niego zabrać.

  • Mariusz pisze:

    Z tego co kojarzę posiadasz jakieś koszule od TM Levin lub CT, prawda? W jaki sposób dobrać odpowiedni rozmiar, jak Tobie się to udało? Pytania co prawda niezwiązane z wpisem, ale mam nadzieję, że odpowiesz.

    • Szymon Jeziorko pisze:

      Zamawiałem z CT – nadziałem się właśnie na rozmiar ;] Zwróć uwagę, że długość rękawa jest liczona od środka karczku. Jak sobie zmierzysz wtedy odpowiednią długość rękawa oraz obwód kołnierzyka, to nie powinno być problemu.

  • Marcin pisze:

    Bardzo dobry wpis. Ja sam miałem ogormne obawy przed śmielszym realizowaniem swoich „sartorialnych” ambicji ale zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Muszę jednak przyznać, że podszedłem do tego procesu powoli, co było swiadomą decyzją. Z dżinsów i polówek przesiadłem się na dżinsy i koszule. Po jakimś czasie zdecydowałem się na coraz śmielsze chodzenie w zestawach koordynowanych – nawet na codzień, na uczelnię i do pracy. Później przyszedł czas na poszetki, ciekawe krawaty, marynarki z szerokimi klapami w szpic, odważniejsze połączenia kolorów. Ku mojemu zaskoczeniu odbiór środkowiska, w którym się obracam był bardzo pozytywny! Od niedawna zacząłem pracę w korporacji, co było okazją do poszerzenia mojej garderoby o kilka garniturów i oprócz granatowych i szarych klasyków zdecydowałem się na dwurzędowe garnitury od SS. Ciekawy jestem reakcji ale moja dziewczyna i babcia są nimi zachwycone więc screw it :)

    Co do samego blogu – oprócz Articles of Style i The Nordic Fit, Studencka Elegancja to moja stała, dzienna lektura. Zdecydowanie najlepszy polski blog o modzie dla mężczyzn, kilka poziomów wyżej od konkurencji (Mr. Vintage, Dandy czy Miller).

    Język, treść, bezpretensjonalność – naprawdę przyjemnie się Twój blog czyta. Prośba tylko o częstsze aktualizacje! :)

    Pozdrawiam,

    Marcin

  • Tomasz pisze:

    Zatem i ja chce podarować Ci swoje wsparcie, mam to samo, a w bonusie, jako, że studiuje architekturę, a architekci uchodzą za „strojnisi” (raczej w negatywnym tego słowa znaczeniu), to często słyszę „o, zaczął się już bawić w architekta”. Nic nie poradzimy na ludzką psychikę i na to, że większość zawsze będzie narzucała standardy, a ktoś kto się wzbije ponad nie, zawsze będzie tym dziwnym.

    Ma to jednak swoje plusy, nie uważasz? Na początku każdy się dziwi, ale szybko się przyzwyczaja, bo teraz wyglądam po prostu lepiej niż „wtedy” :) łatwiej zyskać szacunek ludzi, na których szacunku mi zależy, mam większe możliwości i środowiska, które są dla mnie autorytetem chętniej przyjmują mnie z otwartymi ramionami.

    Pozdrawiam i cięszę się, że tworzysz wpisy, w których pozwalasz nam („dziwakom”) poczuć wsparcie :)

  • Adam pisze:

    Ojej, nie możecie własnym ego walczyć z tym, jak postrzega was świat. Takie podejście jak autora i kilku komentarzy mocno przypomina ludzi zafascynowanych na przykład muzyką metalową, i starających się udowodnić wszystkim, że to właśnie oni są fajni. Fajny jest ten, kto jest uważany za fajnego, i nic tu nie ma do roboty przekonywanie.

     

    Myślę też, że takie zachowanie odbije się na stosunkach towarzyskich z płcią przeciwną, jako, że najwięcej kobiet mają ci, którzy się kobietom podobają, a nie ci, którzy się starają przekonać kobiety do tego, że powinni im się podobać. Wygrywa ten, który pierwszy dobiegł do mety, nie ważne jakie są tłumaczenia całej sfrustrowanej reszty dlaczego ich przegrana nie jest wcale gorsza od zwycięstwa. Na dobrym casualu, i tym samym porozumieniu na tym samym poziomie ugrałem dużo więcej niż na garniturach. To jest warte przemyślenia, środowisko kształtuje nas samych.

    • Szymon Jeziorko pisze:

      Chyba tworzysz tutaj trochę nieprawdziwą opozycję – przecież całe moje podejście opiera się na tym, że fajny jest ten, kto się za fajnego uważa. Nie mam zamiaru przekonywać do tego ludzi uważających, że krawaty są do niczego, bo to nic nie da. Uważam, że ubiór jest coraz bardziej infantylizowany, ale podejście odwrotne nie jest koniecznie lepsze – jest za to równie dobre, jeżeli ty się z nim czujesz dobrze.

      Kwestie „ugrywania czegoś” ubiorem na kontaktach z kobietami pozostawię samozwańczym specjalistom od podrywu, z którymi jednak nie chcę mieć nic wspólnego.

  • Kacper Gawlik pisze:

    Widzę, że wątek jeszcze żyje więc pozwolę dorzucić swoje trzy grosze. Cóż jako ten słynny gimbus przez dziadka, który pracował w urzędzie gminy zakochałem się w garniturach i swingu, przez co wybrałem studia ekonomiczne aby móc pracować „pod krawatem” tak jak dziadek a jednocześnie spodobała mi się cała kultura lat 30-40 XX wieku. Teraz przychodzi czas na pierwszy rok i myślę że po burzliwym okresie szkoły średniej czas zmienić coś w swoim życiu oraz że to może być najlepszy czas aby zacząć budować swoją garderobę i skłaniać się w pewnym kierunku. Zastanawiałem się tylko czy nie będzie to wyglądać komicznie i jak próbowanie czegoś na siłę, czy może jednak jeszcze trochę poczekać i skończyć te pierwsze dwa lata studiów, jednak ten wpis jak i komentarze pod nim, uświadomił mi że nie ma co zwlekać bo właśnie teraz jest ku temu najlepszy okres. :>